Świat zaczyna pachnieć. Zapach pierwszego wiosennego deszczu. Sosnowy las. Malutkie fiołki ukryte w młodej trawie.

Jaskrawe promienie słońca. Światło. Turkus nieba. Ciepłe powiewy wiatru. Szum lasu. Coraz więcej motyli. Coraz głośniejszy śpiew ptaków. Cisza przerywana stukaniem dzięcioła. Pierwsze wiosenne kwiaty. Pękające pąki listków jak błyszczące koraliki na gałęziach. Żabki ukryte w cudownym źródełku. Idę sama. Ciągnie mnie tam, jak wilka do lasu...

W głowie pustka i brak motywacji. Ale jestem tu i chłonę to, co wokół mnie. Cieple dni szybko miną.

Wieczorem widzę jak mały chłopiec, który podbiega do swojego taty, służącego do Mszy świętej, żeby przez chwilę potrzymać go za rękę. Patrzy mu w oczy.  - Już dobrze - zdaję się mówić - jestem tu.  Możesz iść dalej, nic Ci nie grozi.

Każdy z nas ma taką “chatę”. Miejsce w pamięci, do którego nie chce wracać. Miejsce związane z ogromnym cierpieniem, bólem, poczuciem winy, odrzuceniem, samotnością. Miejsce opuszczone, zaniedbane, ciemne i brudne, ukryte gdzieś w zakamarkach duszy. Nikogo tam nie ma. Jest tylko cisza i śmierć. O takim miejscu opowiada film S. Hazeldine’a pt.: “Chata”.

Od dwóch miesięcy bardzo chciałam obejrzeć ten film. Ale od początku same przeszkody: najbliższe kino wyświetlające go było oddalone o 120 km, wczesne godziny projekcji, zdarzyło mi się nawet napisać i zadzwonić do pobliskiego kina z uprzejmym zapytaniem, czy planują takowy film wprowadzić na swój ekran. Znajomi mieli ze mnie ubaw - twierdzili, że tylko ja pojechałabym do kina z całego rejonu…

Uśmiech. Uścisk dłoni. Dobrze, że jesteś. Serdeczne przytulenie. Spięte ciało powoli się rozluźnia. Zaczyna się uwielbienie śpiewem i tańcem. Nie znam tekstów, ani ruchów. Wszystko jest nowe, obca sytuacja, jestem sama w dwutysięcznym tłumie. Rok temu nikt nie namówiłby mnie na taki wyjazd. Tym razem sama podjęłam decyzję. Tęsknię za ruchem. Zaczynam tańczyć. Powoli wypełnia mnie radość uwielbienia. Reszta traci na znaczeniu. Ważne jest tu i teraz, i Ten, dla którego tu jestem. Napięcie ustępuje miejsca rozluźnieniu. Ruchy stają się swobodne i pewne. Zapomniałam, że taniec może dawać tyle radości.

Dla mnie Światowe Dni Młodzieży były ogromnym doświadczeniem radości i wielką niespodzianką od Boga. Kiedy pozwoliłam Mu działać w moim życiu, przygotował dla mnie najlepszy czas – czas wspólnoty, czas modlitwy, czas przyjaźni. Dał mi wszystko, czego brakowało w moim życiu. Przez wiele lat wegetowałam na „życiowej emeryturze”, traciłam czas na wspomnianej kanapie, kanapie wygodnego życia, pracy, pogoni za pieniędzmi, przyjemnościami...

Free Joomla! template by L.THEME