(Nie)spodziewane przemeblowanie

Od dobrych dwóch tygodni w Warszawie mocno wieje. Mieliśmy może dwa, trzy dni spokoju. A tak – wiatr. Silny. Na tyle, by niekiedy zrywać kapelusze z głów – o ile ktoś, jak ja, odważył się kapelusz założyć.

Chodziłam na Eucharystię zastanawiając się, co dalej. Ze mną: człowiekiem zmagającym się z codziennością. Z problemami zdrowotnymi, z rosnącym zmęczeniem, rozgoryczeniem. Co dalej z moim życiem. Co z przypadkowością, która zdaje się nadawać mu rytm.

Przypadkowe myśli, przypadkowe spotkania, przypadkowi ludzie, przypadkowe zdarzenia. Rzeczy, które po prostu się wydarzają, a ja dziwię się, że mają miejsce, choć wydaje się, że nie powinny się zdarzyć. I próbuję uchwycić myślami istotę tych zdarzeń. Drugie dno. Tło. Nitkę, którą Bóg snuje, a która jest niewidoczna na pierwszy rzut oka.

***


Święto Zesłania Ducha Świętego obchodzę po raz pierwszy od dawna uroczyście. Przygotowania zaczynam dwa tygodnie wcześniej, pewnego wietrznego dnia. Po rozmowie z kapłanem codziennie na modlitwie wracam do hymnu „O Stworzycielu, Duchu, przyjdź”. Modlę się i czekam.

Jest to oczekiwanie aktywne. Wypełnione zwykłymi codziennymi sprawami, moimi zwyczajnymi zmaganiami. By jednak pouczyć się. Popracować. By znaleźć czas na modlitwę. By nie poddać się zniechęceniu.

Obawy rosną. Sztywne wyobrażenia o Bogu Ojcu i Synu Bożym pozwalają wepchnąć dwie trzecie Trójcy w bezpieczne schematy myślowe. Co jednak z Duchem Świętym? Symboliczna gołębica jakoś mało mnie uspokaja. Wracają słowa: „Wiatr wieje tam, gdzie chce, i szum jego słyszysz, lecz nie wiesz, skąd przychodzi i dokąd podąża. Tak jest z każdym, który narodził się z Ducha” (J 3, 8)

Przez dwa tygodnie przeczuwam tylko, że coś może się zdarzyć. Nie wiem, co. Przychodzą różne myśli, różne wyobrażenia, ale nic konkretnego. Czuję, że zbliżam się przed murem i nie wiem, co będzie dalej.

O tak, bałam się. Bardzo. Apostołowie zamykali się w Wieczerniku, ja zamykałam się za drzwiami licznych lęków i obaw, korzystając z niezawodnego rygla własnych wyobrażeń.

Byle nikt nie wszedł w ten mój, z bólem porządkowany świat.

***


Nie wygrałam miliona w Totku. Nie znalazłam stałej pracy. Nie wydarzyło się nic z tego, na co miałam nadzieję. Poza jednym. On przyszedł.

I swoim zwyczajem zrobił przemeblowanie. Niespodziewane – może dlatego że miałam złudną nadzieję na chwilę spokoju. Poniekąd spodziewane – w końcu wielu rzeczy można się po Bogu spodziewać, ale nie spokoju i stabilności w ludzkim tych słów rozumieniu.

Dla mnie idealne życie to było życie spokojne. Życie, w którym czuję że mam grunt pod nogami. Że mam coś pewnego, swojego. Jakiś swój świat, niezmienny, stały. Świat, do którego mogę się schronić gdy czuję, że wszystko powoli się sypie.

A dziś stwierdzam, że jest to jedno wielkie złudzenie. Poczucie trwałości pewnych naszych emocji, wyborów. Poczucie stabilności w życiu zawodowym. Ten „grunt pod nogami”, który wydaje się być jakimś oparciem – sposób myślenia, zabezpieczenie finansowe, cokolwiek innego. Złudzenie. Jedno wielkie złudzenie. Mityczny cel, którego nigdy nie można osiągnąć – zawsze coś wymknie się spod kontroli.

I jest jeszcze ta ufna wiara we własne siły, kompetencje, postanowienia. Powiem sobie: będzie tak i tak jest. A jak nie – analizuję, dlaczego. Szukam przyczyn, skutków, związków między zjawiskiem A i zjawiskiem B. Widzę je w swej mądrości i zaczynam na niej polegać. Wywyższać mądrość własną, skoro ja, człowiek, widzę i mogę zmieniać rzeczywistość, kształtować swoje wybory.

Do tej rzeczywistości, którą z taką pieczołowitością próbuję porządkować przychodzi Duch Święty, jak wiatr, ogień i woda. Wiatr, który bezlitośnie wywraca wszystko, co ustawiałam z wielką ostrożnością, łamie silne drzewa postanowień, rozwiewa moje złudzenia. Ogień, który wypala pewne myśli, który spala od środka pragnieniem poznania Boga, który zostawia zgliszcza w tych obszarach, gdzie wiatr nie dokonał przemeblowania. I woda – łagodząca ból utraty złudzeń, jednocześnie oczyszczająca i wyznaczająca nowe szlaki.

Czuję, jak znika ten twardy grunt. Nie ma tego, o co wcześniej się opierałam. Nie ma nic z tego, co mi się wydawało wcześniej ważne. Przez ostatnie dwadzieścia cztery godziny nastąpiło podsumowanie przemeblowań życiowych ostatnich trzech miesięcy.

Stoję i patrzę z niedowierzaniem na to, co właśnie zaszło. Niedowierzaniem przechodzącym w zachwyt.

Nie, moja sytuacja życiowa się nie zmieniła. Dom ten sam, rodzina ta sama. Problemy ze sobą te same, problemy z pracą, z doktoratem. Ból ten sam, oczekiwanie na szpital to samo. Na zewnątrz. Obiektywnie patrząc, matnia ta sama.

Tylko że ufność bardziej w Bogu, nie w sobie. Narzędzia do mierzenia się z rzeczywistością inne. Rytm dnia, który wyznacza teraz modlitwa. Poczucie ogólnego kierunku. Wola walki. Spokój – wynikający z nauki zaufania.

„Popchnięto mnie, popchnięto, bym upadł, lecz Pan mi dopomógł” (Ps 118, 13)

Liczę i patrzę: 95 dni. Tyle wystarczyło, bym nie poznawała kompletnie siebie. A jutro – studniówka. Sto dni od spowiedzi, od której wszystko się zaczęło.

***


Kapelusz ostatnio coraz częściej zdejmowałam. Wiatr wiał coraz silniej. Bałam się, że go zgubię. W sumie zgubiłam, ale coś więcej. Pewne przekonania o sobie, o świecie i o Bogu.

I myślę sobie, po co komu grunt pod nogami. Czy nie lepiej jest być jak Duch? Poprosić o skrzydła i po prostu lecieć. Żyć dalej, ale nie tym, co tu, ale tym, co po drugiej stronie. W końcu to „życie po śmierci”, a właściwie – życie Bogiem zaczyna się już teraz, nieprawdaż?

Ten grunt pod nogami jest złudny, to raz. A dwa: doświadczenia podpowiadają, że mocno przereklamowany.

Dasz się ponieść Duchowi?

Free Joomla! template by L.THEME