Gdyby ktoś mi powiedział na początku sierpnia: Stary jesteś w stanie przejść przeszło 180 km pieszo w 6 dni. To bym go wyśmiał. Nie chciałem iść na pielgrzymkę. Broniłem się rękami i nogami. Pomijając fakt, że na samą myśl o tym, że przez tydzień nie będę miał stałego dostępu do internetu, bieżącej wody i będę musiał spać na karimacie odczuwałem przynajmniej lekki dyskomfort, sam nie widziałem sensu maszerowania przez kilka dni tylko po to, żeby wejść na 5 minut do kaplicy z cudownym obrazem i przeżyć mszę na Jasnej Górze. W końcu wszystko to można załatwić w jeden dzień, korzystając z takiego cudu techniki, jakim jest samochód. Więc po co się męczyć?

Jest 3 rano. Za 5 godzin mam wstać, a jeszcze się nie położyłam... Emocje mnie jeszcze trzymają. To był dzień niespodzianek. Na egzamin dotarłam prawie w ostatniej chwili. Dzięki temu nie miałam czasu nakręcić się stresem. Po ponad 20 minutach komisja zaprosiła mnie do klaustrofobicznego pokoiku, w którym siedziało już pięć osób. Padło pierwsze pytanie.

Dotarłam do domu. W uszach jeszcze dźwięczą mi słowa papieża Franciszka, których słuchałam po drodze przez radio. Jako dwudziestokilkulatka przeszłam na życiową emeryturę, o której mówił Ojciec Święty. Pogoń za dobrami materialnymi doprowadziła mnie do poczucia bezsensu i do życiowej katastrofy.

- Robisz wreszcie to, na co masz siłę i ochotę - powiedziała do mnie Ola, kiedy opowiedziałam jej o swoich ostatnich podróżach.

Dziś rano rozpakowałam się po dwudniowym pielgrzymowaniu na Jasną Górę. Jutro rano pakuję się na nowo, tym razem na wschód. Jeżdżę tam jak do drugiego domu - już dziś Basia pytała, co zjadłabym jutro na kolację po kilkugodzinnej podróży...

Dziś środa. To już prawie dwa dni od Mszy Otwarcia Światowych Dni Młodzieży. Zarywając kolejną noc, spotykam ludzi. Rozmawiam, patrząc im w oczy. Bez obaw, bez lęku przed oceną. Otwarcie, ufnie. Pierwszy raz od kilku lat...

Dotarłam na Pola Miłosierdzia. Po godzinnym oczekiwaniu (w Godzinie Miłosierdzia) przy wejściu zlitował się nade mną pewien strażak. Sektor był przepełniony i wolontariusze postanowili nie wpuszczać więcej ludzi, dopóki reszta trochę się nie ściśnie. Spojrzał mi w oczy i ...

Wracam. Po 15.00 dojeżdżaliśmy od południa do Krakowa. Pomyliliśmy zjazdy. Następny zjazd był do Łagiewnik - św. Faustyna mrugnęła do nas porozumiewawczo? Na szczęście szybko odnaleźliśmy drogę. Potem autostrada i dalej na północ. Jutro rozmowa w kuratorium, dlatego zostawiłam na jeden dzień Światowe Dni Młodzieży, wspólnotę i przyjaciół, dzięki którym te dni są niesamowitym przeżyciem i doświadczeniem wspólnej modlitwy. Otaczają mnie serdecznością i ciepłem. To wspaniałe uczucie, móc dzielić swoją radość z innymi. Radość w samotności nie smakuje tak samo.
Smutno mi. Już za nimi tęsknię. Moje myśli są na Błoniach.

Free Joomla! template by L.THEME